"Złodziej stulecia" Gaja Kołodziej

"Złodziej stulecia" Gaja Kołodziej

Tytuł: Złodziej stulecia
Autor: Gaja Kołodziej
Ilość stron: 320
Moja ocena: 8/10

Na poddaszu ściągnęłam z siebie kurtkę i z wahaniem podeszłam do lustra. Wyrobiłam już w sobie nawyk, aby go unikać, bo nigdy nie potrafiło poprawić mi humoru, ale tym razem zacisnęłam pięści i zebrałam się na odwagę, aby naprawdę zobaczyć w nim swoje odbicie. 

Kiedy trzymałam tę książkę w rękach, miałam co do niej mieszane uczucia. Po przeczytaniu tytułu myślałam, że okaże się marnym kryminałem, który będzie kręcił się w kółko jakichś długich i niekończących się zagadek.
Zanim zaczęłam zapoznawać się z treścią pozwoliłam sobie co nieco dowiedzieć się o autorce. Tak to może by mnie nie zainteresowało, ale imię pisarki wzbudziło moją ciekawość. Dowiedziałam się, że Gaja Kołodziej z wykształcenia jest psychologiem i rezultaty swoje pracy zdobywa na uczelniach zagranicznych. Przyznam, że jest to bardzo imponujące i pokazuje, że świat stoi dla nas otworem. "Złodziej stulecia" jest ósmym tworem naszej autorki i został wydany w listopadzie tegoż jeszcze roku.
Wiki to studentka robotyki, która swoją pasję może trochę wykorzystywać pracując u wujka w warsztacie samochodowym. Lubi uprawiać jogging oraz zapoznawać się z tajnikami walk takich jak taekwondo i krav maga. W sumie prowadzi zwykłe życie, jednakże wszystko ulegnie zmianie, kiedy zostaje zwerbowana jako praktykantka słynnego złodzieja. Jak mocno ta zmiana wpłynie na życie bohaterki?
Książka bardzo mi się spodobała z wielu względów. Mimo, że jej akcja działa się w Polsce, dała wiele razy odczuć jakby była wycięta z jakiegoś dobrego amerykańskiego filmu sensacyjnego. Powodował to głównie opis sytuacji, otoczenia, krajobrazów.
Miała wiele zabawnych momentów i  śmiało mogę powiedzieć, że nie pamiętam przy jakiej książce się tak często śmiałam.
Warto również wspomnieć, że historia, która została przedstawiona również chwytała za serce. Można było wiele razy porównywać jak byśmy się zachowywali w skórze bohaterki. Czy postępowalibyśmy tak jak ona?
Fabuła nie toczyła się według określonego schematu i wartko przechodziła z jednego wątku w drugi. Spowodowało to, że nie czuło się utraty poczucia czasu.
Zachęcam serdecznie do zapoznania się z tą lekturą, ponieważ potrafi otworzyć oczy na pewne aspekty. Pozwolę zdradzić, że główną rolę odgrywa tu szukanie "własnego ja", co powoduje rozwój dalszych wydarzeń.
Uważam, że warto doceniać samego siebie i być pewnym tego, ile jesteśmy warci. Nie zawsze natrafiamy na ludzi, którzy nas będą w tym wspierać. Bardzo często spotykamy tych, którzy chcą to w nas zburzyć.
/Szalony Chomik
Lekcja życia - czyli jak umierać, wierzyć i tolerować.

Lekcja życia - czyli jak umierać, wierzyć i tolerować.

Tytuł: Dasz radę. Ostatnia rozmowa.
Autorzy: Joanna Podsadecka, ks. Jan Kaczkowski
Liczba stron: 224
Wydawnictwo: WAM
Ocena: 8/10

Bóg nigdy nie łamie wolnej woli człowieka, ale potrafi ją przynaglić, aranżując tak zwane przypadki.


Jak wielu z Was sięga po gazety, drodzy Czytelnicy? Zapewne większość. Jednak, czy zetknęliście się z książką w formie wywiadu? Nie? Więc już czas naprawić ten błąd i zapoznać się z Ostatnią rozmową.
Ksiądz Jan Kaczkowski był inspiracją dla milionów ludzi – wierzących i niewierzących. Poznawało się go za pomącą odpowiedzi na pytania, które są zawarte w tej książce. Po przeczytaniu tego – jednego z wielu, ale zarazem wyjątkowego – wywiadu można było stwierdzić: on mnie rozumie. Był postacią niezwykłą, zdecydowanie.

Książka podzielona jest tematycznie, co pozwala nam, czytelnikom, na skupienie się na omawianej kwestii. Ksiądz Jan jest otwarty, szczery. Nie boi się mówić o tematach tabu (np. takich jak antykoncepcja, homoseksualizm) ani o tym, co w Kościele jest złe. Opowiada w swoim stylu, błyskotliwym i z dozą ironii. Jednakże w jego wypowiedziach dominuje miłość i zrozumienie dla bliźniego.
W XXI wieku ludzie przyjęli stereotypową formę ”typowego katolika” jako nacjonalistę, dla którego każdy o innych poglądach/pochodzeniu etnicznym nie jest już bliźnim. Ksiądz Jan pokazuje, że jest to błędne myślenie, całkowicie niezgodne z Ewangelią. Daje do zrozumienia, że szacunek należy się każdemu, nawet tym, których postępowanie jest niezgodne z wiarą. Co najważniejsze – w swoich przemyśleniach na temat śmierci nie daje fałszywej nadziei, ale stara się oswajać z tematem odchodzenia
Forma książki sprawia, że czyta się ją bardzo szybko. Prosty język księdza Jana, jego anegdoty i jednoczesna powaga umilają czas czytelnikowi. Podświadomie również zachęcają go do sięgania po więcej. Sięgając po książkę i zagłębiając się w jej kolejne strony nie idzie się oderwać. Idealna pozycja zarówno dla osób wierzących, niewierzących, jak i tych, którzy szukają życiowej drogi.

/Szczur
"Jaskółcze ziele" Anna Marcinkowska

"Jaskółcze ziele" Anna Marcinkowska

Tytuł: Jaskółcze ziele
Autor: Anna Marcinkowska
Liczba stron: 400
Ocena: 6/10




Można przepraszać za miłość? A wszystko to, co robi się z potrzeby serca lub choćby instynktu, który w swojej naturze  też musi być boski, czy może być grzechem? [...] Może to żadna miłość, tylko uleganie własnym słabościom, pokusom, egoistyczne pragnienie posiadania. Posiadanie kogoś, jego uczuć, uwagi, a w końcu losu, ale też oddawanie siebie z potrzeby bycia w posiadaniu, jakby własna, odrębna tożsamość była czymś niepełnowartościowym, to też chyba nie miłość.



Nie wiem jak odnieść się do przedstawionej tu pozycji. Nawet nie wiem czy mi się książka spodobała. Budzi we mnie mieszane uczucia, których nie potrafię jednoznacznie określić.
Historia dwóch kobiet, które żyją w odległych od siebie czasach. Obie jednak łączy zamiłowanie do tych samych rzeczy, a także przebłyski ich wspólnego i zarazem oddzielnego życia. Jest to dla obu kobiet szokujące, gdyż jak Tekla żyjąca w początkach XX wieku widzieć może coś, czego wcześniej nie widziała, lub Maria widzieć coś, co miało miejsce ponad sto lat wcześniej?

Powieść jest prowadzona z kilku stron. Ze strony Tekli, Marii, a kilka razy nawet Mikołaja, czyli bohatera, który wprowadzi galimatias w historii jednej z kobiet, a może obu? Nie jesteśmy cały czas przy jednej postaci, ale krążymy bez przerwy, żeby nadążyć nad tym co dzieje się wszędzie. Czasami może to człowieka zmylić gdzie właśnie toczy się akcja.

Poprzedni wiek z perspektywy Tekli był dla mnie bardziej interesujący, gdyż był nieznany. Można było zobaczyć jak przez ponad sto lat zaszły zmiany nie tylko w rozwoju cywilizacji, ale też w relacjach między ludźmi. Coś, co kiedyś było nie do pomyślenia dzisiaj jest już powszechne i coraz bardziej akceptowalne.
Mimo wielu różnic, które mogą zadziwiać, a czasami irytować, to jednak chciałabym cofnąć się do dawnych czasów, gdzie było tak wiele pięknych nieskażonych technologią miejsc lub gdzie byli mężczyźni, którzy musieli starać się kobietę.


 Oryginalne dzieło, które trudno mi ocenić, gdyż z jednej strony nie było tam wartkiej akcji, czy ciekawych bohaterów, a z drugiej strony jak urzeczona zostałam wciągnięta w świat pełen rodzinnych tajemnic, przewrotności losu i tych niesamowitych miejsc, których opisy były bogate nie tylko w to co można dostrzec, ale też poczuć.
Wiem, że ciężko byłoby mi przeczytać to po raz drugi, ponieważ była to opowieść niczym wolna podróż samochodem na prostej drodze.

Przez pierwsze kilkadziesiąt stron czekałam cierpliwie aż zacznie się jakiś zwrot akcji, jednak już zupełnie pod koniec zdałam sobie sprawę, że wszystkie tajemnice były tym magnesem, który nie chciał odciągnąć mnie od kolejnych stronic. Kiedy natomiast skończyłam całość, poczułam ogromny niedosyt. Tak wiele treści, których nie jest się pewnym, tak wiele niedokończonych historii o innych bohaterach. Nie ukrywam, że chciałabym dowiedzieć się co było dalej, jednak uważam, że gdyby druga część powstała, to zniszczyłaby magię Jaskółczego ziela. To coś jak słowo, które znasz, ale zapomniałeś i będzie tak długo Cię to dręczyło, aż dowiesz się czego szukałeś. Właśnie takie uczucie wiercenia w głowie odczuwam po przeczytaniu ostatnich kartek.
To chyba pierwsza książka, która wprowadziła zamęt na tyle, że nie wiedziałam jaką recenzję napisać. Z pewnością nie żałuję, a więc polecam! /zmieszany Fokeuek
"Medytacje o 6:38" Ewa Woźniak Ostrowski

"Medytacje o 6:38" Ewa Woźniak Ostrowski

Tytuł: Medytacje o 6:38
Autor: Ewa Woźniak Ostrowski
Ilość stron: 77


Kto z nas nigdy nie oddawał się myślom oddalonym od nas samych o wiele kilometrów, a nawet światów? Nie marzył, gdy leżał, czekając aż sen otuli go tak, jak kołdra pod którą szukał ciepła? Podczas kąpieli czy słuchania muzyki? Jak wiele niespełnionych myśli przewinęło się przez nasze głowy?
Jakże było moje zdziwienie, gdy okazało się, że Medytacje o 6:38 to zbiór wierszy. Myślałam, że to przemyślenia złączone w jedno, a tutaj wszystko jest oddzielne, a jednak łączy je dusza, z której ta poezja pochodzi.
Teraz nadszedł okres skłębionych myśli, z którymi nie wiemy co robić. Najczęściej marzymy, a także bawimy się w poetów, którzy nadają kolory swojemu życiu, dlatego cieszę się, że w tym czasie mogłam oddać się zadumie nie tylko nad swoim jestestwem, ale też nad otaczającym światem. Człowiek może popaść w melancholię :)
Nigdy nie przepadałam za czytaniem wierszy, jednak większość z tych, które tu znalazłam bardzo mi się spodobała. Wydaję mi się, że to przez to, że każdy człowiek tak naprawdę dąży do tego samego, czyli do miłości, szczęścia, bezpieczeństwa czy bycia potrzebnym.
Oczywiście nie mamy tutaj tylko utworów poetyckich o charakterze uczuciowym, ale też sporo traktujących o otaczającej nas rzeczywistości i to niekoniecznie w pozytywnym wydźwięku. Mojego faworyta umieszczam poniżej.

WSPÓŁCZEŚNI

Otoczeni cyberprzestrzenią
Zapomnieliśmy kochać.
Głębokie spojrzenia w oczy
Zamieniliśmy na ekrany monitorów.
Nasze młodzieńcze marzenia
Zagubiły się na drogach sukcesu.
Pogoń za szczęściem
Zamieniliśmy na monety.
I tylko czasem,
Gdy nie możemy już złapać oddechu,
Ścielą się przed nami dzikie plaże
 I gwiazdy.
I słyszymy czyjeś słowa,
Zagrzebane na dnie pamięci 

Cieszę się, że coraz więcej ludzi podejmuje się dotykać problematyki jak to technologia odbiera nam człowieczeństwo, ponieważ więcej uczuć okazujemy do ekranom laptopów, niż do drugiemu człowiekowi. Coraz mniej rozmawiamy, bo wszyscy siedzimy z nosem w telefonach i izolujemy się, a warto przecież poczuć bliskość drugiej osoby, ciepło i troskę jaką nas ktoś otacza.
Język jest prosty, więc nie zniechęcają nas jakieś trudne metafory. Mamy wiele sytuacji, które odnoszą się do naszego życia, dlatego miło jest czytać o problemach, które są wszędzie. Tak, jakby się czuwało w oczekiwaniu na lepsze jutro z drugą osobą.
Żałuję tylko, że przeminęła już ta piękna polska złota jesień, ponieważ możliwość doświadczenia jakichś uczuć z wierszem jest o niebo lepsza i daje większą możliwość na odbiór emocji jak i sporządzenia własnych przemyśleń, niż suche czytanie.

Przez park jesienny idę, Zanurzam stopy w liściach I słucham ich protestu. [...]  
Wdycham powiew wiatru,Który grał na nich,
Póki nie opadły.
Wtapiam się w szelest
Ich przemijania [...]

Polecam najgoręcej i zachęcam do przeczytania, ponieważ te wersy potrafią pochłonąć bez reszty. Wszystkie nasze myśli jednocześnie się porządkują i są chaotyczne i to się chyba nigdy nie zmieni. Najważniejsze to nie dać się zwariować przed nadejściem wiosny.
/Fokeuek
"Początek wszystkiego" Robyn Schneider

"Początek wszystkiego" Robyn Schneider

Tytuł: "Początek wszystkiego"
Autor: Robyn Schneider
Ilość stron: 318
Moja ocena: 10/10 

Pomyślałem o tym, czym stają się różne rzeczy, kiedy już ich nie potrzebujemy, i co czeka na nas w przyszłości, kiedy już poradzimy sobie z naszymi osobistymi tragediami i  udowodnimy, że ostatecznie można je przetrwać. 

Po Początek wszystkiego sięgnęłam zupełnie przypadkowo, ponieważ kiedy szłam do biblioteki szkolnej, zamierzałam wybrać inną pozycję. Do przeczytania właśnie tej powieści nakłoniła mnie pani nauczycielka, która powiedziała, że zapoznanie się z nią będzie dla mnie wielką przyjemnością.
Po opisie znajdującym się na rewersie lektury pomyślałam, że będzie to kolejne romansidło, którego historia będzie się toczyć typowym schematem dla tego gatunku literackiego. Może trochę tak było, jednakże po głębszym wniknięciu i zatraceniu się w dzieje bohaterów stwierdziłam, iż nie jest to zwykła oklepana powiastka.
Ezra Faulkner to szkolna gwiazda sportu, która na pewno nie narzeka na brak popularności. Jednakże sielskie życie oraz kariera sportowa legła w gruzach, kiedy chłopak doświadczył poważnego wypadku. Powrót do szkoły nie sprawia mu radości, ponieważ wie, że nic nie będzie tak jak dawniej. Kiedy przypadkowo spotyka Cassidy Thorpe nie ma świadomości, że to ona zmieni jego życie.
Jak już wspomniałam, łatwo idzie się domyślić, że tą dwójkę coś połączy. Tylko, czy to chciała przekazać autorka? Czy miała na uwadze to, by odbiorca tak szybko zdał sobie sprawę co kryję się pod stronami utworu?
Książka jest napisana prostym językiem, który wywołuje u czytelnika mieszankę różnych uczuć. Osobiście lubię zapoznawać się z takimi lekturami, które pokazują jakie życie jest naprawdę. Przecież każdy dobrze wie, że nie ma się przez cały czas "łoża usłanego różami". Wiele razy doprowadzała do śmiechu, ale również do wyciszenia i zastanowienia się, o co tu tak naprawdę chodzi.
Polecam ją osobom, które myślą, że ich początek wszystkiego zaczął się już dawno. Nie zapominajcie kochani, że los nam płata różne figle, które raz będą coś wnosić, a raz zabierać. Ważne jest, by mimo wszystko nie poddawać się i dążyć do czegokolwiek, by później nie żałować, że nic się nie zrobiło. Gorąco zapraszam do jej przeczytania!
/Szalony Chomik

"Koralina" Neil Gaiman vs. "Koralina i tajemnicze drzwi"

"Koralina" Neil Gaiman vs. "Koralina i tajemnicze drzwi"



Tytuł: Koralina
Autor: Neil Gaiman
Ilość stron: 103
Ocena:6/10

Imiona tracimy jako pierwsze, tuż po utracie oddechu i bicia serca. Trochę dłużej zostają nam wspomnienia.


Koralina i tajemnicze drzwi
 to dość nietypowa pozycja, która jest odradzana młodszym widzom, liczącym na miłe spędzenie czasu w sielankowym świecie. Mimo iż wyszła ona w 2009 r. to nadal budzi we mnie fascynację i czuję, że wielu rzeczy jeszcze nie odkryłam. Oglądałam to jakieś pięćdziesiąt razy i nadal nie jest mi mało.

Do czego jednak się odnosi tytuł? Otóż niedawno szukając jakichś głębszych teorii na temat świata Koraliny, znalazłam książkę, która zainspirowała do powstania tej animacji.
Nie wahając się długo zakupiłam ją i zaczęłam tę przygodę od drugiej strony. Tej oryginalnej.
Tak właśnie przedstawiam Wam moją osobistą opinię i jednocześnie porównanie książki i bajki.


.
Powieść Neila Gaimana opowiada o jedenastoletniej dziewczynce, która wraz z rodzicami wprowadza się do tajemniczego "Różowego pałacu". Rozczarowana jest zdziwaczałymi sąsiadami, brakiem zainteresowania ze strony ojca i matki oraz jakichkolwiek rozrywek. Aż tu nagle znajduje drzwi! Liczy na niesamowitą przygodę. Jej marzenia spełniają się, ale chyba nie w takiej formie w jakiej by chciała...

Ta część w sumie nie różni się wiele od ekranizacji aczkolwiek uważam, że Koralina w filmie, mimo iż ma jedenaście lat, jest dojrzała jak na swój wiek. Natomiast w książce dziewczynka jest przesadnie dziecinna, mam takie wrażenie.
Dalsza część obu produkcji jest kompletnie inna, a p przynajmniej chronologia tego, co się działo. Usunięto również niektóre mniej ważne wydarzenia.

Nie wiem czy to przez to, że jako pierwsze obejrzałam bajkę, ale uważam, że ekranizacja jest o wiele lepsza. Wszystko jest ciekawie ułożone i takie płynne. Tymczasem opowieść Neila Gaimana odbiera wiedźmie to okrucieństwo, które jest w niej tak niepokojące.

Pamiętacie może Waybi'ego? W pierwowzorze go nie znajdziecie. Nasza bohaterka nie dostaje więc od niego lalki, a historia jego babci jest wymyślona przez twórców filmowej adaptacji. To nie jedyne różnice. Jedna wizyta zamiast trzech i wypuszczenie dziewczynki dobrowolnie to kolejne rażące kontrasty. Rozłożenie tego w wersji ekranowej jest o niebo lepsze i wydłuża coś, co jest naprawdę ciekawe.

Jedną z irytujących rzeczy, które troszkę zepsuły radość, to wiele sytuacji, gdzie dziewczynka poprawiała innych, gdy źle wymawiali jej imię. Kiedy czyta się cały czas jeden wyraz, to może się już robić nudne.

 -Nazywam się Koralina, nie Karolina, Koralina -poprawiła Koralina.

Podsumowując uważam, że film jest lepszy, a książkę można byłoby rozwinąć w taki sposób, żeby czytelnicy mogli odkrywać kolejne tajemnice obu światów.
Od czasu wyjścia na ekrany bajka nie schodzi u mnie z pierwszego miejsca uwielbianych pełnometrażowych produkcji, dlatego też dziękuję za trud włożony w pracę nad całością Koraliny na ekranach, a jeszcze większe podziękowania dla autora książki, bo bez niej nie byłoby tej cudownej i (sami przyznajcie) oryginalnej historii.

Dajcie znać czy czytaliście/oglądaliście Koralinę i jak Wam się spodobała. Pozdrawiam
/Fokeuek

Światowy Dzień Pluszowego Misia

Światowy Dzień Pluszowego Misia

Dzisiaj jest 15 listopada. Zapewne każdy z Was myśli, że to kolejny zwykły szary i deszczowy dzień naszej kochanej polskiej jesieni. A co powiecie na kilka promyków (dziecięcego) szczęścia? Otóż nasi drodzy czytelnicy, dzisiaj jest Światowy Dzień Pluszowego Misia.

Najlepszy przyjaciel, idealny słuchacz i największy powiernik naszych sekretów oraz wspaniały obrońca, kiedy miewaliśmy koszmary. Na pewno w każdym domu znajduje się ta wspaniała maskotka, która w dzieciństwie pełniła właśnie takie role.

Warto wiedzieć, że pluszowy miś był najpopularniejszą zabawką w Europie już w XIX wieku. To właśnie na tym kontynencie powstawały jego masowe produkcje, które później były eksportowane do Stanów Zjednoczonych.

Nazwa Teddy Bear, która określa naszą ukochaną przytulankę wzięła się od imienia dwudziestego szóstego prezydenta USA - Teodora Roosvelta. Dlaczego akurat od niego?
Jego wielką pasją były polowania. Podczas jednego z nich postrzelono małego niedźwiadka. Kiedy głowa państwa zobaczył strach w oczach niewinnego zwierzątka, kazał go wypuścić. Cała historia została przedstawiona w formie komiksu, który stał się sławny wśród producentów zabawek, a ci już wiedzieli jak to wykorzystać.










Dzisiaj w każdym sklepie z zabawkami znajdziemy tego (nie)zwykłego pluszaka. Często również możemy ujrzeć go w znanych powieściach lub produkcjach filmowych. Któż nie zna takich bajek jak Kubuś Puchatek, Miś Yogi, Miś Uszatek, Gumisie, Troskliwe misie, Miś Paddington, Mój brat niedźwiedź.

Stał się również symbolem pomocy, dzięki akcji charytatywnej Podaruj Misia organizowanej co roku przez stację telewizyjną TVN, Akcji Miś czy Fundacji Burego Misia na rzecz osób niepełnosprawnych.


Widzicie ile dobrego robi ta zwyczajna maskotka. Czy nasz świat byłby taki sam bez tego mięciutkiego zwierzaka?

Jeśli macie ochotę, to w komentarzach wysyłajcie zdjęcia z własnymi przytulankami. Niech Dzień Misia idzie pełną parą. A oto Wasze blogerki ze swoimi przytulankami. 💖





                                 
Szalony Chomik                                                       Fokeuek


                                                    Szczur
W ciemności. Dziewczynka w zielonym sweterku. -  Krystyna Chiger, Daniel Paisner

W ciemności. Dziewczynka w zielonym sweterku. - Krystyna Chiger, Daniel Paisner


Tytuł: W ciemności. Dziewczynka w zielonym sweterku
Autor: Krystyna Chiger, Daniel Paisner
Liczba stron: 288
Ocena: 6/10

"
Strzelał do człowieka bez powodu, zmieniał zdanie bez powodu. Zabijał nawet dzieci. Jakże on nienawidził żydowskich kobiet i dzieci, a zwłaszcza <<brudnych żydowskich dzieci>>. Ojciec mawiał, że Josef Grzimek wolał martwe dziecko od brudnego. Taki był nasz pogromca zwyciężonych"
Jak może pamiętają nasi dziadkowie i krewni czasy II wojny światowej były dla wielu z nich niczym walka o przetrwanie. Nie był to okres splamienia krwią tak wielu ludzi tylko u nas, jednak chciałabym skupić się dzisiaj właśnie na części Polskiej historii. Na książkę trafiłam krótko po obejrzeniu zwiastuna i postanowiłam ją kupić. Wtedy nie mogłam obejrzeć tego w kinie ze względu na ograniczenia wiekowe, jednak mając wszystko w postaci pisemnej wiedziałam, że jedynie na tym zyskam. Stała kilka dobrych lat na półce i wreszcie doczekała się uwagi.

Wydarzenia zaczynają się w Lwowie gdzie poznajemy szczęśliwe życie naszych bohaterów aż do
roku 1939, kiedy to wybucha wojna. Ośmioletnia Krysia Chiger wraz z rodziną żyją nie wiedząc, co czeka na nich jutro i dbają o to, żeby wszyscy mogli być bezpieczni. Ich dni pełne są strachu, bólu, ucieczek i przede wszystkim trwania. Utrzymywania własnego jestestwa i czekanie aż koszmar się skończy.
To tylko mały zarys. Nie mam słów, żeby opisać taki ogrom wydarzeń, postaci i miejsc w kilku krótkich zdaniach.
Pierwszy raz spotykam się z historią opowiedzianą... inaczej. Nie podręcznikowo. Nie nudno i nie sucho. Tutaj mamy przedstawionych ludzi z krwi i kości, którzy nie robią za statystyki w podręczniku. Kochają, cierpią, walczą i umierają. Prawdziwe emocje buchają z kart tej powieści. Nie mogę powiedzieć, że od początku mnie urzekła, ponieważ wiele emocji przyszło wtedy, kiedy nadeszła wojna, a wraz z nią strach, że niedługo nie będzie czuło się nic. Ludzi poznajemy osobiście i patrzymy na ich losy. Widzimy co działo się naprawdę, kiedy człowiek zmieniał się w bestię, a czasami nawet gdy potwór otwierał serce na krzywdę ludzką.
Historia o życiu w gettcie i o tym jak Żydzi byli traktowani przez nazistowskie Niemcy.
Przede wszystkim należy sobie powiedzieć jedno. Nie była to wojna polityków, nie była to wojna królów. Była to nasza walka, nasza ojczyzna, nasza krew i dzisiaj chodzimy po splamionej krwią ziemi, ale za to nadal naszej ziemi-Polski.
Przede wszystkim jest to wojna, jednak kluczowa jest tu miłość. Wojny bez miłości nie da się wygrać, czyż nie?
Po raz kolejny jest tu też pokazany spryt Polaków, który wiele razy był wspominany podczas omawiania działań naszych rodaków. Tylko czy wykorzystaliśmy nasz spryt aby czuć się bezpiecznie, czy może aby czuć się bezpiecznie uruchomił się w Polakach instynkt, który kazał przetrwać? Duża część książki dzieje się pod ziemią- w kanałach, jednak co tam się działo musicie dowiedzieć się sami.
Zachęcam z całą stanowczością do sięgnięcia po Dziewczynkę w zielonym sweterku. W ciemności. 
CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM! :) /Fokeuek

"Hera moja miłość" - Anna Onichimowska

"Hera moja miłość" - Anna Onichimowska

Tytuł: "Hera moja miłość"
Autor: Anna Onichimowska 
Ilość stron: 159
Moja ocena: 6/10

Niektóre uparciuchy, nie zważając na wszystko, decydują się pomóc tej nieznajomej osobie wydostać się na powierzchnię, są to zwykle ludzie opętani miłością i nadzieją. 

Narkotyki to jedne z najbardziej uzależniających substancji. Ciekawi mnie to, jak ludzie zaczynają wpadać w swoje nałogi. Co jest tego powodem, z czym muszą się borykać? Dlatego postanowiłam przeczytać tę książkę. Kiedyś miałam okazję zapoznać się z utworem My, dzieci z dworca ZOO, który bardzo mnie poruszył i zmusił do refleksji. Chciałam zobaczyć, czy ta książka będzie równie dobra jak biografia Christiane Vera Felscherinow.
Jacek to młody chłopak, który nie powinien narzekać na swoje życie. Rodzice, których większość czasu nie ma w domu, dają mu luz i pieniądze. Jak długo potrwa taka sielanka? Czy bohaterowie przejrzą na oczy po tragedii, która ich spotka?

Historia przedstawiona w tak krótki sposób była świetna. Kiedy się zapoznawało z treścią, czuło się jakby to działo się tuż obok. Jednakże, wielkim jej minusem jest to, że często nie wiadomo, kto jest narratorem. Powoduje to mętlik w głowie, przez co czytanie przedłuża się.
Myślę jednak, że warto sięgnąć po tę pozycję i zobaczyć, jakich relacji należy unikać. Jak należałoby postępować, kiedy zauważymy, że ktoś ma problemy. Pokazuje, że rozmowa jest potrzebna i nie należy trzymać się od tego z daleka. Czasem może być trudno wypowiedzieć jakieś słowa, lecz nie powinno się ich ukrywać. Może zapobiec to wielu nieszczęściom, które los ma przygotowane w zanadrzu.
Co uważam o braniu narkotyków? Z jednej strony każdy jest odpowiedzialny za swoje czyny. Podąża według tego, co mu się podoba, co uważa za słuszne. Tylko jak wiadomo jesteśmy istotami, które nie są nieomylne. Możemy zabłądzić, pogubić się, gdyż problemy codzienności sprawią, że będziemy potrzebować jakiegoś odstresowania. Niestety bywa tak, że takim ukojeniem są właśnie środki odurzające, bądź alkohol. Owszem, taka osoba sama wpada w nałóg, oczywiście mówiąc, że nie ma problemu. Myślę, że wtedy należy pomóc takiemu człowiekowi. Oskarżanie nic nie da, ale silna wola i chęć bycia oparciem może zdziałać cuda. Warto wierzyć i myśleć z optymizmem o tym, co będzie dalej.
Pozdrawiam cieplutko.
/Szalony Chomik.


Chłopcy z Placu Broni ~ Ferenc Molnár

Chłopcy z Placu Broni ~ Ferenc Molnár

Tytuł: Chłopcy z Placu Broni
Autor: Ferenc Molnár
Liczba stron: 200
Ocena:6,5/10

Tak zwykle jednak bywa z tymi, którzy nadużyli zaufania. Kontroluje się ich potem nawet wtedy, gdy mówią prawdę.

W szkole podstawowej nie miałam okazji przerobić jej jako lektury, jednak posiadam jeden egzemplarz w prywatnej biblioteczce. Książka stała na półce długi czas i wołała o uwagę. Niedawno doczekała się uwagi i mam nadzieję, że Was też zachęci do sięgnięcia po nią.
Chłopcy z Placu Broni to dzieło węgierskiego autora z 1906 roku. W Polsce ukazało się tłumaczenie Janiny Mortjkowicz w 1913 roku. Czytam nowszą wersję i bardziej wiarygodne tłumaczenie Tadeusza Olszańskiego. Oryginalny tytuł brzmiał: A Pál utcai fiúk (Chłopcy z ulicy Pawła)

Bohaterami powieści są chłopcy mający własną paczkę, która niczym w prawdziwym wojsku ma stopnie, zadania, zasady, a nawet flagę. Ich małym miejscem na świecie jest Plac Broni. Wrogie ugrupowanie Czerwonych Koszul chce jednak odebrać im małą Ojczyznę. Przywódca Boka wie, że wraz z resztą chłopców, będą musieli stanąć do walki.
Czymże jest przyjaźń, honor i ojczyzna? Czym jest wierność, męstwo i odwaga? Czym jest prawdziwy patriotyzm?

Niepozorna historia o dzieciach, które walczą o miejsce do zabawy i traktują je jak swoje "państwo".
Pomimo tak młodego wieku, gotowi są cierpieć za Ojczyznę, płakać, a także walczyć. Miłość chłopców do tego miejsca porusza do szpiku kości.
Wierność względem przyjaciół i swojego "kraju", a także bezpieczeństwa obu wymaga wiele męstwa. Chłopcy zdawali sobie z tego sprawę, ale nie poddawali się i walczyli o wszystko do końca. Mam wrażenie, że bohaterowie poważniej traktowali swój skrawek ziemi, niż niektórzy dzisiaj swoje państwo, a wręcz jestem o tym przekonana.
Rozmaite postacie, a każda inna. W pewien sposób przedstawiają każdego z nas. Czasami tchórzymy, nie jesteśmy lojalni, wątpimy, a czasem pełni determinacji chcemy walczyć o swoje, kochać i żyć, a jedyne co może nas pokonać i zdusić chęć do walki, to śmierć.
Nie wczułam się w bohaterów, jednak poczułam ich ogromną potęgę wyobraźni. Choć bańka iluzji czasami pęka, to nikt nie odbierze nam tego, co mamy w sercu. I myślę, że jest to piękne przesłanie w prostej formie.

Lepszą rzeczą jest umrzeć, niż patrzeć jak tracimy coś, co tak kochamy?

Słyszałam kiedyś, że patrioci są romantykami, którzy walczą o idee i kochają to, co dostali rodząc się w danym miejscu. Nieważne gdzie by się urodzili i nieważne jak źle by tam było. Największą odwagą jest walka mimo beznadziei, a więc bądźmy tacy. Bądźmy romantykami, którzy walczą i kochają.
/Fokeuek

         

Copyright © 2017 Recenzje na wygodzie , Blogger