To co widzimy na zewnątrz to tylko skorupa, trzeba poszukać głębiej, aby kochać...

To co widzimy na zewnątrz to tylko skorupa, trzeba poszukać głębiej, aby kochać...

Tytuł: Na pierwszy rzut oka
Autor: Grégoire Delacourt
Liczba stron: 187
Ocena: 7/10


"Trzeba stracić odrobinę siebie, aby odnaleźć się w drugiej osobie."

Wielu z nas marzy o tym, aby choć na jeden dzień być kimś innym. Chcielibyśmy posmakować życia w wielkim świecie dla ludzi sławnych, bardzo bogatych, a także nienaturalnie pięknych, których widzimy na ekranach i okładkach. Niejednokrotnie próbujemy zmienić swój wygląd i upodobnić się do kogoś, kim wcale nie jesteśmy. Jak to jednak jest, gdy wygląda się jak Scarlett Johansson, czyli amerykańska gwiazda filmowa?
Arthur Dreyfuss to dwudziestoletni chłopak, który mieszka i pracuje jako mechanik w małej francuskiej wiosce. Prowadzi przeciętne życie w samotności, aż do czasu, gdy do jego drzwi puka Scarlett Johansson, a właściwie dziewczyna bardzo do niej podobna. Kim jednak jest i czego szuka właśnie u niego?

Książka godna polecenia, ponieważ burzy to nam obraz tego jak szczęśliwe byłoby nasze życie, gdybyśmy byli kimś innym. Zdarza nam się notorycznie narzekać na siebie, na ludzi dookoła, na miejsca, które nie są jak na zdjęciach z biur podróży. Cały czas szukamy dziury... Próbujemy zmienić siebie, towarzystwo, a nawet miejsce zamieszkania, zamiast zacząć od zmiany nastawienia do świata i doceniania nawet najmniejszego cudu jakim jest fakt, że żyjemy.
Bohaterka uderzająco podobna do Scarlett jest nieszczęśliwa, a przynajmniej do czasu, gdy zdaje sobie sprawę, że jest tylko cieniem prawdziwej amerykańskiej gwiazdy. Nie ma własnego życia. Jeanine Foucamprez dla wielu ludzi nie istnieje, bo żyją w iluzji, że obok nich żyje prawdziwa Scarlett, a przynajmniej kobieta, która wygląda jak ona, więc zdjęcia, randki czy seks, to prawdziwa nagroda dla zwykłych szarych ludzi. Mają oni trofeum w postaci wspomnień, że tak piękna dziewczyna zwróciła na nich uwagę. Co z tego, że nie jest Scarlett i ma na imię kompletnie inaczej? Przecież nikogo to nie obchodzi. Najważniejsze było opakowanie, czyli to ciało, ta twarz. Tak bardzo
należące do Jeanine i jednocześnie kompletnie obce. 


Największym pragnieniem kobiety było znalezienie kogoś, kto pokocha go za bycie Jeanine. Chciałaby wryć się w serce kogoś, kto zapamięta ją na zawsze. Kogoś, kto powie,że kochał cudowną kobietę Jeanine Foucamprez, a nie, że kochał kogoś, kto wyglądał jak Scarlett Johansson. Pragnęła być utożsamiana tylko ze sobą.
Oczywiście to tylko moje przemyślenia, które przewiercały mi głowę przez czas czytania i musiałam się ich pozbyć. W gruncie rzeczy jest to bardzo smutna historia, smutnej kobiety do której Was najserdeczniej zapraszam. 

Jedynym minusem książki to brak rozdzielenia dialogów, które czytamy w jednym ciągu i czasami nie wiemy do kogo należały. 
Nie mogę oczywiście pominąć problemu autora z wydaniem tej książki, gdyż użył wizerunku Scarlett Johansson bez pozwolenia i nasza gwiazda żądała wysokiego odszkodowania. Oczywiście autor wybronił się i dał gwieździe bardzo niewielki kawałek z tego co żądała. I nie chcę rozwijać się bardziej na ten temat niż po prostu stwierdzić, że aktorka nie przeczytała tej historii w całości, ale myślę, że powinien być to dla niej zaszczyt. Przedstawianie jej jako jednej z najpiękniejszych kobiet i użyć jej wyglądu dla dziewczyny jest pewnym rodzajem pomnika, który ostanie się na długi czas./Fokeuek
Perełka wśród książek o wampirach, a może przewidywalny kicz?

Perełka wśród książek o wampirach, a może przewidywalny kicz?

Tytuł: Zmierzch
Autor: Stephenie Meyer
Liczba stron: 416
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Ocena: 6,5/10 

Śmierć jest łatwa, prosta, życie jest trudniejsze.


Przez lata w których Zmierzch stawał się coraz bardziej popularny, nigdy jakoś nie naszła mnie myśl, żeby go przeczytać (a tym bardziej obejrzeć film). Nie miałam żadnego konkretnego powodu, aby go unikać. Biorąc pod uwagę, że ludzie oglądający popularniejsze serie dzieliły się na grupy byłam w tej, gdzie czekało się na list z Hogwartu. Ostatnio jednak postanowiłam dać szansę tej pozycji autorstwa Stephanie Meyer i tak oto po kilku dniach przybywam.

Nie ma raczej osoby, która nie zna choćby ogólnikowo historii Belli Swan i Edwarda Cullena, nawet jeśli nie miał żadnego kontaktu z tą serią. Jednak krótkie przypomnienie nie zaszkodzi.
Isabella przeprowadza się do ojca w Forks. Deszczowe i dość ponure miejsce nie napawa dziewczyny optymizmem. Wszystko się zmienia, gdy poznaje niesamowite rodzeństwo Cullen, a szczególnie jednego chłopaka, który budzi w niej mieszane uczucia. Niedługo odkryje, że tajemnica jaką skrywają może okazać się bardzo niebezpieczna.

Nie jest to literatura wysokich lotów. Całość jest przewidywalna. Love story, które leci stałym schematem jakim jest: główna bohaterka, która jest wyjątkowa i inna niż reszta podobnych jej ludzi, nieziemsko przystojny chłopak, który zakochuje się w naszej postaci, jedna próbuje wzbraniać się przed
tym uczuciem, druga postać kobieca lub męska, która wprowadza do książki trójkąt miłosny i happy end. Znane? A może wręcz coś, czego wszyscy się spodziewają?

Drugim minusem opowieści poza banalną fabułą jest poważne nadszarpnięcie wizerunku wampira.
Rok wydania Zmierzchu to rok 2005, więc historii o podobnej tematyce nie było wiele, a jeśli już to nasi krwiopijcy byli odpychający, okrutni, źli i budzili postrach. Nie znam historii kształtowania wizerunku naszych postaci, jednak bodajże lata 90' XX wieku były takim przełomem, gdzie wampirowi został zmieniony wizerunek i zamiast budzić lęk, budzi respekt i jest obiektem westchnień wielu kobiet. Nie raz i nie dwa można było przeczytać opowieści o krwiopijcach, którzy byli uznawani za kogoś z arystokracji, czyli jak widać obraz wampira zmieniał się przez lata. Jednocześnie odebrał nam w pewien sposób możliwość tworzenia historii mrożących krew w żyłach, a każda postać krwiożercy łączona jest już z love story.

Podsumowując: jeśli zależy Wam na relaksie i czymś, co nie wymaga od Waszego mózgu cięższej pracy, niż zazwyczaj, to książka idealna na taki wieczór. Na pewno jestem bardziej chętna na obejrzenie filmu i przeczytanie kolejnych części.
/Fokeuek
Jak nazwa nie idzie w parze z definicją, czyli droga do Ukojenia

Jak nazwa nie idzie w parze z definicją, czyli droga do Ukojenia

Tytuł:Droga do Ukojenia
Autor:Katarzyna Łochowska
Liczba stron:255
Ocena:7/10

"–     Bo ja... – zająknął się Jędrek. – żem chciał o rękę panienki prosić – wydusił z siebie, mnąc w dłoniach swój brązowy krawat.
[...]
     A to taki prezent przedślubny i jeszcze mom cztery świnie.
[...]   To tera jo – powiedział odważniej Staszek. – Jo tyż chcioł to samo, co i tyn. – Wskazał na Jędrka i podobnie jak on, również wręczył mi koszyk. "

Po książkę sięgnęłam całkiem przypadkiem. Tytuł i okładka utwierdzały mnie w przekonaniu, że będzie to historia z głębszymi przemyśleniami.
Dla wielu ludzi rozstanie jest ciężkim przeżyciem, a zwłaszcza zerwanie głębszych relacji jak np. utrata przyjaciela lub rozwód. Czasem pozorne uczucie okazać się może ucieczką od samotności lub po prostu przyzwyczajeniem, dlatego też po czasie człowiek jest silniejszy. Takie sytuacje dzieją się tysiącom ludzi na całym świecie. Jak jednak było z naszą bohaterką?
Po utracie męża i mieszkania niemająca dokąd się udać kobieta, wraca do swojego domu rodzinnego we wsi Ukojenie. Początkowo lekko zmieszana całą sytuacją zaczyna budować swoje życie od nowa.

Spodziewałam się po historii Kaśki czegoś zupełnie innego. Może dość słabej kobiety, która cały czas będzie próbowała ogarnąć życiowy galimatias? Tymczasem bohaterka bardzo energicznie przewróciła wieś do góry nogami, poznała masę ciekawych ludzi i przeżyła niesamowite i jednocześnie dość realistyczne przygody, które w takich małych miejscach się zdarzają.

Wiele razy śmiałam się do rozpuku przez los, który podkładał nogi postaciom, a zaraz potem pomagał im wstać i tak na okrągło. Bardzo ciężko mnie rozśmieszyć za pomocą książek. Zwykle wypada wszystko nienaturalnie, a komizm jest przesadzony. W Ukojeniu mogłam poczuć swojskość i przeczytać o tych wszystkich historiach, które są opowiadane na spotkaniach rodzinnych. Może dlatego, że dzięki temu skąd pochodzę, bardziej rozumiem mentalność ludzi z wiosek?

Obrazy prawdziwych osób wprowadzają pewnego rodzaju nostalgię do utworu. Czytamy o życiu ludzi, którzy żyją ze sobą od zawsze i znają siebie nawzajem, są otwarci, cieszą się z drobnych rzeczy, nie przejmują się tym, jak wyglądają i nawet mimo że czasem robią absurdalne rzeczy, które doprowadzają do jeszcze dziwniejszych sytuacji, to z większym zaangażowaniem walczą o własne szczęście.

W historii nie zabraknie wątków miłosnych, a także zakręconych przyjaciółek. Nie jest to może książka o wewnętrznym ukojeniu, ale wydarzenia dziejące się w wiosce pokazują, że los lubi płatać figle i jeszcze każdego w życiu coś czeka, nawet jeśli uważa inaczej.
Kontynuacją książki jest Droga do przebaczenia z którą mam nadzieję, będę miała okazję się zapoznać, ufając, że nie straci tej energii z obecnej części.
/Fokeuek

"Złodziej stulecia" Gaja Kołodziej

"Złodziej stulecia" Gaja Kołodziej

Tytuł: Złodziej stulecia
Autor: Gaja Kołodziej
Ilość stron: 320
Moja ocena: 8/10

Na poddaszu ściągnęłam z siebie kurtkę i z wahaniem podeszłam do lustra. Wyrobiłam już w sobie nawyk, aby go unikać, bo nigdy nie potrafiło poprawić mi humoru, ale tym razem zacisnęłam pięści i zebrałam się na odwagę, aby naprawdę zobaczyć w nim swoje odbicie. 

Kiedy trzymałam tę książkę w rękach, miałam co do niej mieszane uczucia. Po przeczytaniu tytułu myślałam, że okaże się marnym kryminałem, który będzie kręcił się w kółko jakichś długich i niekończących się zagadek.
Zanim zaczęłam zapoznawać się z treścią pozwoliłam sobie co nieco dowiedzieć się o autorce. Tak to może by mnie nie zainteresowało, ale imię pisarki wzbudziło moją ciekawość. Dowiedziałam się, że Gaja Kołodziej z wykształcenia jest psychologiem i rezultaty swoje pracy zdobywa na uczelniach zagranicznych. Przyznam, że jest to bardzo imponujące i pokazuje, że świat stoi dla nas otworem. "Złodziej stulecia" jest ósmym tworem naszej autorki i został wydany w listopadzie tegoż jeszcze roku.
Wiki to studentka robotyki, która swoją pasję może trochę wykorzystywać pracując u wujka w warsztacie samochodowym. Lubi uprawiać jogging oraz zapoznawać się z tajnikami walk takich jak taekwondo i krav maga. W sumie prowadzi zwykłe życie, jednakże wszystko ulegnie zmianie, kiedy zostaje zwerbowana jako praktykantka słynnego złodzieja. Jak mocno ta zmiana wpłynie na życie bohaterki?
Książka bardzo mi się spodobała z wielu względów. Mimo, że jej akcja działa się w Polsce, dała wiele razy odczuć jakby była wycięta z jakiegoś dobrego amerykańskiego filmu sensacyjnego. Powodował to głównie opis sytuacji, otoczenia, krajobrazów.
Miała wiele zabawnych momentów i  śmiało mogę powiedzieć, że nie pamiętam przy jakiej książce się tak często śmiałam.
Warto również wspomnieć, że historia, która została przedstawiona również chwytała za serce. Można było wiele razy porównywać jak byśmy się zachowywali w skórze bohaterki. Czy postępowalibyśmy tak jak ona?
Fabuła nie toczyła się według określonego schematu i wartko przechodziła z jednego wątku w drugi. Spowodowało to, że nie czuło się utraty poczucia czasu.
Zachęcam serdecznie do zapoznania się z tą lekturą, ponieważ potrafi otworzyć oczy na pewne aspekty. Pozwolę zdradzić, że główną rolę odgrywa tu szukanie "własnego ja", co powoduje rozwój dalszych wydarzeń.
Uważam, że warto doceniać samego siebie i być pewnym tego, ile jesteśmy warci. Nie zawsze natrafiamy na ludzi, którzy nas będą w tym wspierać. Bardzo często spotykamy tych, którzy chcą to w nas zburzyć.
/Szalony Chomik
Lekcja życia - czyli jak umierać, wierzyć i tolerować.

Lekcja życia - czyli jak umierać, wierzyć i tolerować.

Tytuł: Dasz radę. Ostatnia rozmowa.
Autorzy: Joanna Podsadecka, ks. Jan Kaczkowski
Liczba stron: 224
Wydawnictwo: WAM
Ocena: 8/10

Bóg nigdy nie łamie wolnej woli człowieka, ale potrafi ją przynaglić, aranżując tak zwane przypadki.


Jak wielu z Was sięga po gazety, drodzy Czytelnicy? Zapewne większość. Jednak, czy zetknęliście się z książką w formie wywiadu? Nie? Więc już czas naprawić ten błąd i zapoznać się z Ostatnią rozmową.
Ksiądz Jan Kaczkowski był inspiracją dla milionów ludzi – wierzących i niewierzących. Poznawało się go za pomącą odpowiedzi na pytania, które są zawarte w tej książce. Po przeczytaniu tego – jednego z wielu, ale zarazem wyjątkowego – wywiadu można było stwierdzić: on mnie rozumie. Był postacią niezwykłą, zdecydowanie.

Książka podzielona jest tematycznie, co pozwala nam, czytelnikom, na skupienie się na omawianej kwestii. Ksiądz Jan jest otwarty, szczery. Nie boi się mówić o tematach tabu (np. takich jak antykoncepcja, homoseksualizm) ani o tym, co w Kościele jest złe. Opowiada w swoim stylu, błyskotliwym i z dozą ironii. Jednakże w jego wypowiedziach dominuje miłość i zrozumienie dla bliźniego.
W XXI wieku ludzie przyjęli stereotypową formę ”typowego katolika” jako nacjonalistę, dla którego każdy o innych poglądach/pochodzeniu etnicznym nie jest już bliźnim. Ksiądz Jan pokazuje, że jest to błędne myślenie, całkowicie niezgodne z Ewangelią. Daje do zrozumienia, że szacunek należy się każdemu, nawet tym, których postępowanie jest niezgodne z wiarą. Co najważniejsze – w swoich przemyśleniach na temat śmierci nie daje fałszywej nadziei, ale stara się oswajać z tematem odchodzenia
Forma książki sprawia, że czyta się ją bardzo szybko. Prosty język księdza Jana, jego anegdoty i jednoczesna powaga umilają czas czytelnikowi. Podświadomie również zachęcają go do sięgania po więcej. Sięgając po książkę i zagłębiając się w jej kolejne strony nie idzie się oderwać. Idealna pozycja zarówno dla osób wierzących, niewierzących, jak i tych, którzy szukają życiowej drogi.

/Szczur
"Jaskółcze ziele" Anna Marcinkowska

"Jaskółcze ziele" Anna Marcinkowska

Tytuł: Jaskółcze ziele
Autor: Anna Marcinkowska
Liczba stron: 400
Ocena: 6/10




Można przepraszać za miłość? A wszystko to, co robi się z potrzeby serca lub choćby instynktu, który w swojej naturze  też musi być boski, czy może być grzechem? [...] Może to żadna miłość, tylko uleganie własnym słabościom, pokusom, egoistyczne pragnienie posiadania. Posiadanie kogoś, jego uczuć, uwagi, a w końcu losu, ale też oddawanie siebie z potrzeby bycia w posiadaniu, jakby własna, odrębna tożsamość była czymś niepełnowartościowym, to też chyba nie miłość.



Nie wiem jak odnieść się do przedstawionej tu pozycji. Nawet nie wiem czy mi się książka spodobała. Budzi we mnie mieszane uczucia, których nie potrafię jednoznacznie określić.
Historia dwóch kobiet, które żyją w odległych od siebie czasach. Obie jednak łączy zamiłowanie do tych samych rzeczy, a także przebłyski ich wspólnego i zarazem oddzielnego życia. Jest to dla obu kobiet szokujące, gdyż jak Tekla żyjąca w początkach XX wieku widzieć może coś, czego wcześniej nie widziała, lub Maria widzieć coś, co miało miejsce ponad sto lat wcześniej?

Powieść jest prowadzona z kilku stron. Ze strony Tekli, Marii, a kilka razy nawet Mikołaja, czyli bohatera, który wprowadzi galimatias w historii jednej z kobiet, a może obu? Nie jesteśmy cały czas przy jednej postaci, ale krążymy bez przerwy, żeby nadążyć nad tym co dzieje się wszędzie. Czasami może to człowieka zmylić gdzie właśnie toczy się akcja.

Poprzedni wiek z perspektywy Tekli był dla mnie bardziej interesujący, gdyż był nieznany. Można było zobaczyć jak przez ponad sto lat zaszły zmiany nie tylko w rozwoju cywilizacji, ale też w relacjach między ludźmi. Coś, co kiedyś było nie do pomyślenia dzisiaj jest już powszechne i coraz bardziej akceptowalne.
Mimo wielu różnic, które mogą zadziwiać, a czasami irytować, to jednak chciałabym cofnąć się do dawnych czasów, gdzie było tak wiele pięknych nieskażonych technologią miejsc lub gdzie byli mężczyźni, którzy musieli starać się kobietę.


 Oryginalne dzieło, które trudno mi ocenić, gdyż z jednej strony nie było tam wartkiej akcji, czy ciekawych bohaterów, a z drugiej strony jak urzeczona zostałam wciągnięta w świat pełen rodzinnych tajemnic, przewrotności losu i tych niesamowitych miejsc, których opisy były bogate nie tylko w to co można dostrzec, ale też poczuć.
Wiem, że ciężko byłoby mi przeczytać to po raz drugi, ponieważ była to opowieść niczym wolna podróż samochodem na prostej drodze.

Przez pierwsze kilkadziesiąt stron czekałam cierpliwie aż zacznie się jakiś zwrot akcji, jednak już zupełnie pod koniec zdałam sobie sprawę, że wszystkie tajemnice były tym magnesem, który nie chciał odciągnąć mnie od kolejnych stronic. Kiedy natomiast skończyłam całość, poczułam ogromny niedosyt. Tak wiele treści, których nie jest się pewnym, tak wiele niedokończonych historii o innych bohaterach. Nie ukrywam, że chciałabym dowiedzieć się co było dalej, jednak uważam, że gdyby druga część powstała, to zniszczyłaby magię Jaskółczego ziela. To coś jak słowo, które znasz, ale zapomniałeś i będzie tak długo Cię to dręczyło, aż dowiesz się czego szukałeś. Właśnie takie uczucie wiercenia w głowie odczuwam po przeczytaniu ostatnich kartek.
To chyba pierwsza książka, która wprowadziła zamęt na tyle, że nie wiedziałam jaką recenzję napisać. Z pewnością nie żałuję, a więc polecam! /zmieszany Fokeuek
"Medytacje o 6:38" Ewa Woźniak Ostrowski

"Medytacje o 6:38" Ewa Woźniak Ostrowski

Tytuł: Medytacje o 6:38
Autor: Ewa Woźniak Ostrowski
Ilość stron: 77


Kto z nas nigdy nie oddawał się myślom oddalonym od nas samych o wiele kilometrów, a nawet światów? Nie marzył, gdy leżał, czekając aż sen otuli go tak, jak kołdra pod którą szukał ciepła? Podczas kąpieli czy słuchania muzyki? Jak wiele niespełnionych myśli przewinęło się przez nasze głowy?
Jakże było moje zdziwienie, gdy okazało się, że Medytacje o 6:38 to zbiór wierszy. Myślałam, że to przemyślenia złączone w jedno, a tutaj wszystko jest oddzielne, a jednak łączy je dusza, z której ta poezja pochodzi.
Teraz nadszedł okres skłębionych myśli, z którymi nie wiemy co robić. Najczęściej marzymy, a także bawimy się w poetów, którzy nadają kolory swojemu życiu, dlatego cieszę się, że w tym czasie mogłam oddać się zadumie nie tylko nad swoim jestestwem, ale też nad otaczającym światem. Człowiek może popaść w melancholię :)
Nigdy nie przepadałam za czytaniem wierszy, jednak większość z tych, które tu znalazłam bardzo mi się spodobała. Wydaję mi się, że to przez to, że każdy człowiek tak naprawdę dąży do tego samego, czyli do miłości, szczęścia, bezpieczeństwa czy bycia potrzebnym.
Oczywiście nie mamy tutaj tylko utworów poetyckich o charakterze uczuciowym, ale też sporo traktujących o otaczającej nas rzeczywistości i to niekoniecznie w pozytywnym wydźwięku. Mojego faworyta umieszczam poniżej.

WSPÓŁCZEŚNI

Otoczeni cyberprzestrzenią
Zapomnieliśmy kochać.
Głębokie spojrzenia w oczy
Zamieniliśmy na ekrany monitorów.
Nasze młodzieńcze marzenia
Zagubiły się na drogach sukcesu.
Pogoń za szczęściem
Zamieniliśmy na monety.
I tylko czasem,
Gdy nie możemy już złapać oddechu,
Ścielą się przed nami dzikie plaże
 I gwiazdy.
I słyszymy czyjeś słowa,
Zagrzebane na dnie pamięci 

Cieszę się, że coraz więcej ludzi podejmuje się dotykać problematyki jak to technologia odbiera nam człowieczeństwo, ponieważ więcej uczuć okazujemy do ekranom laptopów, niż do drugiemu człowiekowi. Coraz mniej rozmawiamy, bo wszyscy siedzimy z nosem w telefonach i izolujemy się, a warto przecież poczuć bliskość drugiej osoby, ciepło i troskę jaką nas ktoś otacza.
Język jest prosty, więc nie zniechęcają nas jakieś trudne metafory. Mamy wiele sytuacji, które odnoszą się do naszego życia, dlatego miło jest czytać o problemach, które są wszędzie. Tak, jakby się czuwało w oczekiwaniu na lepsze jutro z drugą osobą.
Żałuję tylko, że przeminęła już ta piękna polska złota jesień, ponieważ możliwość doświadczenia jakichś uczuć z wierszem jest o niebo lepsza i daje większą możliwość na odbiór emocji jak i sporządzenia własnych przemyśleń, niż suche czytanie.

Przez park jesienny idę, Zanurzam stopy w liściach I słucham ich protestu. [...]  
Wdycham powiew wiatru,Który grał na nich,
Póki nie opadły.
Wtapiam się w szelest
Ich przemijania [...]

Polecam najgoręcej i zachęcam do przeczytania, ponieważ te wersy potrafią pochłonąć bez reszty. Wszystkie nasze myśli jednocześnie się porządkują i są chaotyczne i to się chyba nigdy nie zmieni. Najważniejsze to nie dać się zwariować przed nadejściem wiosny.
/Fokeuek
"Początek wszystkiego" Robyn Schneider

"Początek wszystkiego" Robyn Schneider

Tytuł: "Początek wszystkiego"
Autor: Robyn Schneider
Ilość stron: 318
Moja ocena: 10/10 

Pomyślałem o tym, czym stają się różne rzeczy, kiedy już ich nie potrzebujemy, i co czeka na nas w przyszłości, kiedy już poradzimy sobie z naszymi osobistymi tragediami i  udowodnimy, że ostatecznie można je przetrwać. 

Po Początek wszystkiego sięgnęłam zupełnie przypadkowo, ponieważ kiedy szłam do biblioteki szkolnej, zamierzałam wybrać inną pozycję. Do przeczytania właśnie tej powieści nakłoniła mnie pani nauczycielka, która powiedziała, że zapoznanie się z nią będzie dla mnie wielką przyjemnością.
Po opisie znajdującym się na rewersie lektury pomyślałam, że będzie to kolejne romansidło, którego historia będzie się toczyć typowym schematem dla tego gatunku literackiego. Może trochę tak było, jednakże po głębszym wniknięciu i zatraceniu się w dzieje bohaterów stwierdziłam, iż nie jest to zwykła oklepana powiastka.
Ezra Faulkner to szkolna gwiazda sportu, która na pewno nie narzeka na brak popularności. Jednakże sielskie życie oraz kariera sportowa legła w gruzach, kiedy chłopak doświadczył poważnego wypadku. Powrót do szkoły nie sprawia mu radości, ponieważ wie, że nic nie będzie tak jak dawniej. Kiedy przypadkowo spotyka Cassidy Thorpe nie ma świadomości, że to ona zmieni jego życie.
Jak już wspomniałam, łatwo idzie się domyślić, że tą dwójkę coś połączy. Tylko, czy to chciała przekazać autorka? Czy miała na uwadze to, by odbiorca tak szybko zdał sobie sprawę co kryję się pod stronami utworu?
Książka jest napisana prostym językiem, który wywołuje u czytelnika mieszankę różnych uczuć. Osobiście lubię zapoznawać się z takimi lekturami, które pokazują jakie życie jest naprawdę. Przecież każdy dobrze wie, że nie ma się przez cały czas "łoża usłanego różami". Wiele razy doprowadzała do śmiechu, ale również do wyciszenia i zastanowienia się, o co tu tak naprawdę chodzi.
Polecam ją osobom, które myślą, że ich początek wszystkiego zaczął się już dawno. Nie zapominajcie kochani, że los nam płata różne figle, które raz będą coś wnosić, a raz zabierać. Ważne jest, by mimo wszystko nie poddawać się i dążyć do czegokolwiek, by później nie żałować, że nic się nie zrobiło. Gorąco zapraszam do jej przeczytania!
/Szalony Chomik

"Koralina" Neil Gaiman vs. "Koralina i tajemnicze drzwi"

"Koralina" Neil Gaiman vs. "Koralina i tajemnicze drzwi"



Tytuł: Koralina
Autor: Neil Gaiman
Ilość stron: 103
Ocena:6/10

Imiona tracimy jako pierwsze, tuż po utracie oddechu i bicia serca. Trochę dłużej zostają nam wspomnienia.


Koralina i tajemnicze drzwi
 to dość nietypowa pozycja, która jest odradzana młodszym widzom, liczącym na miłe spędzenie czasu w sielankowym świecie. Mimo iż wyszła ona w 2009 r. to nadal budzi we mnie fascynację i czuję, że wielu rzeczy jeszcze nie odkryłam. Oglądałam to jakieś pięćdziesiąt razy i nadal nie jest mi mało.

Do czego jednak się odnosi tytuł? Otóż niedawno szukając jakichś głębszych teorii na temat świata Koraliny, znalazłam książkę, która zainspirowała do powstania tej animacji.
Nie wahając się długo zakupiłam ją i zaczęłam tę przygodę od drugiej strony. Tej oryginalnej.
Tak właśnie przedstawiam Wam moją osobistą opinię i jednocześnie porównanie książki i bajki.


.
Powieść Neila Gaimana opowiada o jedenastoletniej dziewczynce, która wraz z rodzicami wprowadza się do tajemniczego "Różowego pałacu". Rozczarowana jest zdziwaczałymi sąsiadami, brakiem zainteresowania ze strony ojca i matki oraz jakichkolwiek rozrywek. Aż tu nagle znajduje drzwi! Liczy na niesamowitą przygodę. Jej marzenia spełniają się, ale chyba nie w takiej formie w jakiej by chciała...

Ta część w sumie nie różni się wiele od ekranizacji aczkolwiek uważam, że Koralina w filmie, mimo iż ma jedenaście lat, jest dojrzała jak na swój wiek. Natomiast w książce dziewczynka jest przesadnie dziecinna, mam takie wrażenie.
Dalsza część obu produkcji jest kompletnie inna, a p przynajmniej chronologia tego, co się działo. Usunięto również niektóre mniej ważne wydarzenia.

Nie wiem czy to przez to, że jako pierwsze obejrzałam bajkę, ale uważam, że ekranizacja jest o wiele lepsza. Wszystko jest ciekawie ułożone i takie płynne. Tymczasem opowieść Neila Gaimana odbiera wiedźmie to okrucieństwo, które jest w niej tak niepokojące.

Pamiętacie może Waybi'ego? W pierwowzorze go nie znajdziecie. Nasza bohaterka nie dostaje więc od niego lalki, a historia jego babci jest wymyślona przez twórców filmowej adaptacji. To nie jedyne różnice. Jedna wizyta zamiast trzech i wypuszczenie dziewczynki dobrowolnie to kolejne rażące kontrasty. Rozłożenie tego w wersji ekranowej jest o niebo lepsze i wydłuża coś, co jest naprawdę ciekawe.

Jedną z irytujących rzeczy, które troszkę zepsuły radość, to wiele sytuacji, gdzie dziewczynka poprawiała innych, gdy źle wymawiali jej imię. Kiedy czyta się cały czas jeden wyraz, to może się już robić nudne.

 -Nazywam się Koralina, nie Karolina, Koralina -poprawiła Koralina.

Podsumowując uważam, że film jest lepszy, a książkę można byłoby rozwinąć w taki sposób, żeby czytelnicy mogli odkrywać kolejne tajemnice obu światów.
Od czasu wyjścia na ekrany bajka nie schodzi u mnie z pierwszego miejsca uwielbianych pełnometrażowych produkcji, dlatego też dziękuję za trud włożony w pracę nad całością Koraliny na ekranach, a jeszcze większe podziękowania dla autora książki, bo bez niej nie byłoby tej cudownej i (sami przyznajcie) oryginalnej historii.

Dajcie znać czy czytaliście/oglądaliście Koralinę i jak Wam się spodobała. Pozdrawiam
/Fokeuek

Światowy Dzień Pluszowego Misia

Światowy Dzień Pluszowego Misia

Dzisiaj jest 15 listopada. Zapewne każdy z Was myśli, że to kolejny zwykły szary i deszczowy dzień naszej kochanej polskiej jesieni. A co powiecie na kilka promyków (dziecięcego) szczęścia? Otóż nasi drodzy czytelnicy, dzisiaj jest Światowy Dzień Pluszowego Misia.

Najlepszy przyjaciel, idealny słuchacz i największy powiernik naszych sekretów oraz wspaniały obrońca, kiedy miewaliśmy koszmary. Na pewno w każdym domu znajduje się ta wspaniała maskotka, która w dzieciństwie pełniła właśnie takie role.

Warto wiedzieć, że pluszowy miś był najpopularniejszą zabawką w Europie już w XIX wieku. To właśnie na tym kontynencie powstawały jego masowe produkcje, które później były eksportowane do Stanów Zjednoczonych.

Nazwa Teddy Bear, która określa naszą ukochaną przytulankę wzięła się od imienia dwudziestego szóstego prezydenta USA - Teodora Roosvelta. Dlaczego akurat od niego?
Jego wielką pasją były polowania. Podczas jednego z nich postrzelono małego niedźwiadka. Kiedy głowa państwa zobaczył strach w oczach niewinnego zwierzątka, kazał go wypuścić. Cała historia została przedstawiona w formie komiksu, który stał się sławny wśród producentów zabawek, a ci już wiedzieli jak to wykorzystać.










Dzisiaj w każdym sklepie z zabawkami znajdziemy tego (nie)zwykłego pluszaka. Często również możemy ujrzeć go w znanych powieściach lub produkcjach filmowych. Któż nie zna takich bajek jak Kubuś Puchatek, Miś Yogi, Miś Uszatek, Gumisie, Troskliwe misie, Miś Paddington, Mój brat niedźwiedź.

Stał się również symbolem pomocy, dzięki akcji charytatywnej Podaruj Misia organizowanej co roku przez stację telewizyjną TVN, Akcji Miś czy Fundacji Burego Misia na rzecz osób niepełnosprawnych.


Widzicie ile dobrego robi ta zwyczajna maskotka. Czy nasz świat byłby taki sam bez tego mięciutkiego zwierzaka?

Jeśli macie ochotę, to w komentarzach wysyłajcie zdjęcia z własnymi przytulankami. Niech Dzień Misia idzie pełną parą. A oto Wasze blogerki ze swoimi przytulankami. 💖





                                 
Szalony Chomik                                                       Fokeuek


                                                    Szczur
Copyright © 2017 Recenzje na wygodzie , Blogger